ŚWIAT WIDZIANY OCZYMA JANA TERESZCZENKI

 [teko@shaw.ca]

 

RAPORT NR.7

NOWA ZELANDIA 2010

 

 

3 Luty 2010

 

Drodzy Wojtku, Wojtku i Ryszardzie (symbolicznie…)…

 

(Ante Scriptum: Ta data na górze to oczywiście lipa… Piszę, bowiem dopiero po powrocie z Singapury i z Nowej Zelandii, pod prawdziwą datą 16 Marca 2010.).

 

Oczywiście straciliśta już, Drodzy, nadzieję na otrzymanie ode mnie tego tradycyjnego już listu okolicznościowego, i to z niebylejakiej okazji, jako że strzeliło nam aktualnie po 77 (słownie: SIEDEMDZIESIĄT SIEDEM…), ale ja wcale ani nie zapomniałem, ani nie przeoczyłem jak by się wydawało, a wręcz przeciwnie, nosiłem to w sobie przez te wszystkie moje peregrynacje tym razem, acz na spisanie okoliczności, jakie stałyby się tematem tej korespondencji tym razem, musiało poczekać aż do powrotu do mojego Edmontonium (YEG) z dalekich stron; a jak tam było, no to teraz Wam wreszcie opowiem…

No, właśnie…

Byłem tym razem znów na mojej kolejnej rezydencji w Singapurze. Ja już pomalu zaczynam wrastać w to miasto-państwo, gdzie przeróżne zakamarki stały się dla mnie prawie jak własne miejsce na ziemi. Tym bardziej, że udało mi się już wrosnąć i w tę część Singapury, która nie jest wcale łatwo dostępna dla… "turystów", albo dla… "ang-mo”, (czyli: "czerwonych głów", czyli: nas…). Określiłbym to może tak: Singapur (Singapura…), jest cały zbudowany na takiej wspaniale wypolerowanej płaszczyźnie, ponad którą odbywa sie bardzo ciekawe, ale kompletnie współczesne życie tego organizmu polityczno-kulturowego (zresztą w swoisty sposób unikalnego w zestawieniu z resztą świata…); ale z jednym dodatkiem, bowiem poniżej tej politury, jak gdyby w suterynie, zachowało się tam nadal stare, dawne chińskie życie, które zgodnie z chińską tradycja nie ulega łatwo modnym zmianom i nadal jedzie na swojej dość hałaśliwej tradycji i metodzie hokien, a ta nie jest wcale nieskomplikowana… A wszystko, oczywiście dzięki Winnie (Toh Ah Gek, się nazywa…), z którą nawiązał mi się węzeł przyjaźni i serdeczności, jaki trudny jest do zrozumienia dla western types.

No i te nasze 77-me urodziny…

Acha, bo było aż dwa…

Więc najpierw Wojtek Chełkowski, który razem z rodziną żyje tam już od wielu lat, i który zajmuje się światowym maklerstwem morskim, pamiętając widać o mojej rocznicy właśnie wkrótce po moim przyjeździe, zorganizował był bardzo elegancki obiad, na który zaprosili państwo Chełkowscy całe grono bardzo eleganckiej ang-mo ferajny, no i mnie z Winnie też, oczywiście… W czasie tego bankietu (a wszystkie goście to takie światowe businessmany z takimi wysokimi blond-żonami…), podniósł Wojtek toast dla "tego unikalnego…" – jak on to wyraził: "Renaisance Man…", czyli mnie, z okazji jego w podeszłym już wieku urodzin… No, dobra… Strzelono szampanem, no a potem, że…: "Speach…! "speech…!...". Więc nie miałem wyjścia, i w podniosłych słowach nawiązałem anegdotycznie do historii naszej czwórki, łącznie z anegdotą, jak to w A.D.1953 ogłosiłem (pamiętacie…?) światu, że minęła nam właśnie "połowa życia…", (no, bo tak się przecież wtedy myślało…), i następnie jak to było w A.D.1973, kiedy powtórzyłem ten sam motyw, i jak to właśnie, rok po roku, zbliżamy się to do ew. wypełnienia tej przestrogi… (Burzliwe oklaski…!)… O czym zawiadamiam Was niniejszym, żebyśta sobie nie myśleli, prawda… Ale to było a lŕ ang-mo, i w ogóle…

Natomiast w czasie prawdziwej daty, zaprosiła Coreen (Chua, się nazywa…), mnie, Winnie (jej mamę…), i tzw. "B.F." (wym. "Bee Eff…" – czyli: "boy friend"…), do knajpy, zresztą bardzo serdecznej i okazałej, pt. "Fish & Co…" na mój rocznicowy obiad, bo właśnie zaczęła pracować po zakończeniu studiów, i należało to zacelebrować. A ryba jak ryba… W Singapurze od ryb się ugina, i to całkiem wspaniałych (jeszcze…), więc uczta była poczytna, a że ryba lubi pływać, więc i wino się polało, no i przy deserze wkroczyła na salę cała czereda wszystkich kelnerów i kelnerówek tej knajpy, z jakimiś hałaśliwymi przyrządami i sztucznymi ogniami, otoczyła solenizanta, MNIE, i przy śpiewach i hałasach musiałem zdmuchnąć symboliczną świeczkę, stanąwszy oczywiście z tej okazji na krześle, co się szalenie podobało ogółowi…

No, i zawiadamiam, więc Was niniejszym, że nieświadomi tego, uczestniczyliście, prawda, (co prawda o osiem godzin wcześniej…), w naszych wspólnych celebracjach, co prawda po drugiej stronie Półkuli, ale w dzisiejszych czasach to już całkiem pestka, prawda, jak by się kto pytał…

No, to tyle z tej naszej siedemdziesiątejsiódmej okazji…

            A zaraz potem – "Gong Xi Fa Cai...!" -- nastąpił Chiński Nowy Rok – czyli Rok Tygrysa…!

Winnie operuje z własnego mieszkania (nb. w państwowym mieszkaniowcu, HDB…), zakładem regeneracji zmarnowanych, (lebo siwiejących, czy też łysiejących…), włosów, staro-chińską metodą herbalną, i tam przechodzi przez tę pakamerę u niej do 40 pasażerów dziennie. Jest to business dość intratny, ale i wiążący… Kiedy jednak natomiast nadchodzi ten Chiński Nowy Rok, i cała cywilizacja chińska staje na tydzień (albo dwa…), jest wreszcie taka chwila na odetchnięcie i…: "No to bach, Winnie…! I może byśmy tak skoczyli na ten Nowy Rok do… np. Nowej Zealandii, lah…?"

No, i skoczylim…

Ale nie jest to wcale takie proste, bowiem lot z SIN do Brisbane, AU, trwa aż 8 godzin, a następnie z tego BNE do Auckland, NZ – AKL dalsze 4 i pół, Ale cóż to w dzisiejszych czasach…?

No, i zaczęło się…

Mógłbym oczywiście teraz przejść do narracji chronologicznej, ale pozwólcie mi, że zabiorę się za ten temat jak gdyby od końca. Otóż Nowa Zealandia, jak sama nazwa wskazuje, składa się z dwu wysp: Północnej i Południowej, każda po jakie +- 1,000km z północy na południe, i ok. jakie 500, 600 a może i więcej w poprzek. Nowa Zealandia również, jak należałoby się domyślać, nie sąsiaduje z żadnym krajem, (i jedyne zagrożenie wystąpiło kiedyś ze strony Francji, która notorycznie molestuje NZ swoimi testami atomowymi na Pacyfiku, w tamtej okolicy…). 40o równoleżnik jest jak gdyby osią tych dwu wysp, a International Date Lline przebiega zaraz ciut na wschód od obu. No to macie wyobrażenie o geograficznej lokalizacji tego fenomenu. A etnograficznie…? NZ zamieszkiwali kiedyś Maori, pochodzenia Polinezyjskiego, ale jakoś chyba znikli, bo wcale ich tam nie widać, za wyjątkiem takich Skansenów, gdzie odbywają się przedstawienia Maorskie, ze wszystkimi etno-detalami, ale jak domniemywałem, trzy razy dziennie, więc tam prawdziwej Maorszczyzny to już chyba nie ma, tylko raczej teatr, coś w rodzaju jak nasz "Śląsk", czy "Mazowsze"… A reszta to post - Captain Cook, głównie post - Szkoci i Irishe, których jest tam około 4 miliony na obu wyspach, z czego w samym Auckland… milion… No to możecie sobie wyobrazić, że nie jest to kraj za bardzo gęsto zaludniony, jeśli nie brać po uwagę baranów, których jest podobno 15 razy więcej niż ludzi. Wszystko to ulokowane po raczej wspaniałym krajobrazie, gdzie i góry, i lasy tropikalno-deszczowe, i wybrzeża pełne wysp, niekończących się plaż, fiordów, wąwozów i czego tam jeszcze brakuje… Jednym słowem niezaprzeczalne piękno natury. Już pod egidą tych Szkoto-Irishów połączono cały kraj siecią wspaniałych dróg, które to – i ja wcale nie przesadzam – są tak pełne zakrętów, zjazdów i podjazdów, (łącznie z jedynie bodaj nowozealandskim fenomenem jednotorowych mostów, których mnogość, i to wszędzie…), i gdzie bodaj dłuższego niż kilometr odcinka prostej drogi bodaj nie uświadczysz. Wszystko to ruchem drogowym po lewej stronie, i mnogością tzw. roundabout, ale według zegara, czyli prawo obrotowo… Generalnie jest to kraj prawie bezbłędny, wypolerowany i wygładzony do tego stopnia, że już Singapur, czy moja Kanada, a wnoszę, że pewnie nawet i Germania, wyglądają przy tym jak jakiś bałagan… Jak oni to zrobili, nie mam pojęcia… A rozpościera się to również i na mieszkańców, którzy są niezwykle serdeczni, pomocni, pełni uśmiechu i humoru, jakiego z trudem by szukać gdziekolwiek po świecie. Mogę śmiało powiedzieć, że w tym sensie jest NZ niewątpliwie krajem zbliżonym do ideału, ale… Bowiem jak wiadomo z ideałami jest wszystko OK. do czasu, i za wyjątkiem, że w pewnym momencie zaczynają nas nudzić. Lubimy, bowiem od czasu do czasu posmakować "steak z pieprzem", a nie jedynie "melbę z lodami". W podsumowaniu, więc, miejsce zaskakujące swoją urodą i porządkiem, ale jednocześnie ujednolicone tak, że po tysiącu kilometrów właściwie nie wiadomo czy się nie jest nadal w tym samym miejscu…

To mówiąc, muszę się pochwalić, że przejechałem (z licznika…) 5,021km po obu wyspach, i to – jak powiedziałem -- po lewej stronie ruchu, nie przekraczać nigdy limitu szybkości 100km/hr., no, bo niby jak po tych zakrętach, zjazdach i podjazdach…

No, a teraz nieco chronologii…

Wylądowaliśmy w Auckland, w górnej części północnej wyspy, i prawie prosto z mostu pocisnąłem gaz w kierunku na południe, 680km do Wellington, któren jest stolicą tej kongregacji. Dolecieliśmy do Wellington ok. 6:00p i prosto z drogi do przystani promów INTERISLANDER. Budka… W budce pani… "Czy możemy zaokrętować się jeszcze na prom do Pickton o 6:30p…?" "Ależ oczywiście, tu jest ticket, linia D…" Za chwilę, prawie prosto z drogi lądowaliśmy na promie, z perspektywą podroży morskiej ok. 3 i pół godziny… Podróż jak podróż na promie, bez sensacji aż, do kiedy nasz okręt wszedł we wspaniały archipelag wysp otaczających północny szczyt południowej wyspy. (To tam właśnie na jednej z nich wylądował słynny Captain Cook, deklarując przejęcie wyspy pod administrację Wielkiej Brytanii. On też dokonał niezwykle dokładnego rejestru obrzeży obu wysp, pozostając tam przez ok. 6 miesięcy czasu swojej pierwszej odkrywczej podróży w tamte strony…). W czasie podroży weszliśmy w komitywę z gronem młodych ludzi wielu narodowości, co to w widoczny sposób wyglądali na expertów poruszania się po NZ. "A czy macie w Pickton zarezerwowane miejsce na noc w jakimś lodge'u, bo w sezonie nie jest łatwo się gdzieś ulokować …?", zapytano nas. "A no, nie…", padła odpowiedź, no, bo niby jak… Byliśmy w tym kraju zaledwie kilka godzin, nie znając lokalnych okoliczności podróżowania po… "Nie ma sprawy…" Jedna z dziewczyn wyjęła potężna księgę wszystkich rezydencji turystycznych, i przy pomocy swojej komórki zaczęła telefonować z pokładu po różnych adresach… Wszystko zajęte, miejsc nie ma… Aż wreszcie jeszcze jedna próba… Krotka wymiana komentarzy, poczym podała mi komórkę. Po drugiej stronie pani, bardzo bolała nad naszym losem, ale… "… nasza lodge jest, co prawda pełna, ale jeśli państwu by to odpowiadało, to możecie zanocować u mnie w domu, w sypialni, w piwnicy, obok naszej obsługi…" I tak się stało… Jeśli podkreślam tutaj ten dość dziwny aspekt operacji hotelarskiej w Pickton, to głównie po to by donieść, że taki stosunek do nieznanych turystów towarzyszył nam przez resztę podróży w różnej formie, to tu to tam. Jest to również ilustracją serdeczności, i pomocy proponowanej takim wędrownikom jak my, w sytuacjach dla nich trudnych do rozwiązania. Wrócę jeszcze do tego zagadnienia anegdotycznie przy innej okazji, ale mogę całkiem na serio powiedzieć, że tego rodzaju serdeczność jest jak najbardziej typowa w NZ, dla stosunków międzyludzkich w tym kraju.

Z Pickton, najpierw wzdłuż zachodniego wybrzeża, zatrzymując się w coponiektórych bardziej interesujących punktach turystycznych posuwaliśmy się ze średnia ok. 300km dziennie. Kilka ciekawych punktów do zapamiętania (Nie jestem w stanie dokładnie określić wszystkich na mapie, notatek, bowiem przecież nie prowadziłem, prowadząc raczej automobil…):

1.      W pewnym punkcie droga biegła wzdłuż tuż obok brzegu morza i plaży. Widać kiedyś ktoś, tak dla draki ułożył z nadmorskich kamieni tzw. Kern, czyli, jakby to ująć: kamień na kamieniu, na kamieniu kamień, a na tym kamieniu jeszcze jeden kamień. Kern pozostawia po sobie człowiek idący po dziczy, na znak, że tam był człowiek, bowiem żaden zwierz ani natura nie ułoży takiego Kern. No, i zaczęło się… Widać przez lata, jeden za drugim przejeżdżający tamtędy pasażerowie dołączali swoje kerny do już tam mieszkających, i powstała z tego linia chyba kilometrowa tych Kernów, dużych, małych, skomplikowanych albo malutkich i prostych. Tysiące… Takiej kerniady nie znam nigdzie na świecie… Jest to, więc wyjątek wart zarejestrowania tutaj i w ogóle.

2.      Franz Josef Glacier (znaczy się: lodowiec…). Są dwa… Franz Josef i Fox. Lodowiec, jako sensacja turystyczna dla Kanadola, MNIE…? Nieee…!!! Nie żartujmy. My w Kanadzie to możemy praktycznie skakać z jednego lodowca na drugi, więc podróżowanie na drugą Półkulę żeby nasycić się LODOWCEM, to jednak przesada… Ale widzicie, Winnie, córka tropiku, która dopiero dwa lata temu doświadczała śniegu po raz pierwszy w życiu w naszym tutaj Edmontonium, z lodowcami nie miała jeszcze żadnego kontaktu. Trzeba, więc było zaliczyć. Niestety lało… O NZ mówią, że tam należy spodziewać się każdej pogody, zawsze, więc to, że lało nie powinno było zaskakiwać, ale że aktualnie na tych słynnych lodowcach…? No, dobra… Poszlim… W ten deszcz… Ale to NZ prawda, i ordnung muss sein, więc o dojściu do lodowca nie było mowy. Sznurek i tabliczka zakazująca wstępu. A wstęp jedynie dla zorganizowanych wycieczek, za forsą, więc wyglądało to raczej na spisek pomiędzy władzami bezpieczeństwa lodowcowego a interesem organizatorów wycieczek. Zapłacisz -- idziesz w niebezpieczeństwa… Nie zapłacisz – musisz korzystasz z zabezpieczenia… No to w zamian, zabrałem Winnie na taką górską Ścieszkę, a że lało, więc tzw. strumienie górskie należało forsować po łydki, co dla Winnie było raczej całkiem nie do pojęcia, i w ogóle ta górska ścieżka wydawała się jej jak na Mt Everest, podczas gdy dla mnie, przewodnika była nie wiele bardziej skomplikowana niż taka sama w Łazienkach.

3.      No, i znów kwestia noclegu… W NZ w każdej prawie miejscowości jest taka instytucja pt. "I", znaczy się "INFORMACJA" gdzie można o różnych porach dnia zasięgnąć języka w każdej sprawie. Więc bach tam… I oczywiście znów to samo: "Sorry…, sezon turystyczny i miejsc nie ma… Trzeba zamawiać naprzód, rezerwować…" Dobrze gadać, kiedyśmy przecie nigdy nie wiedzieli, kiedy się dotrze do takiego albo do innego miejsca…? Po długich próbach operatora tego "I" szukania dla nas noclegu, on wreszcie zaproponował: "Jest jeszcze miejsce, ale nie wiem czy będzie to państwu odpowiadało, bo to jest Motel dla kierowców autobusów, a oni palą…" "OK, weźmiemy…", i okazało się, że już przy pierwszym piwie mieliśmy całą ferajnę szoferaków za kumpli. Palili oczywiście, i nawet częstowali…

4.      A w Te Anau znów to samo, i znów się też coś znalazło… Może nieco drożej, ale OK. Te Anau jest centrum do wycieczek w rejon fiordów, już w samym południu południa… No, ale co z tego, jeśli najważniejsze wycieczki (i to wcale nie tanie…) były już zaklepane do końca lutego (Aha, całkiem bym zapomniał, że luty w NZ to jest "sierpień"…). Udało się jednak załapać na wyprawę fiordami, znacznie krótszą niestety, po Melford Sound, 160km tam i spowrotem, i musze przyznać, że było to niezależnie całkiem interesujące. Te skały spadające wprost pionowo do morza. Foki i delfiny, i podobno czasami nawet wieloryby…

5.      Objechaliśmy następnie cały dół wyspy, skąd może nawet widać Antarktydę, jak się stanie na palcach. Bardzo piękny kraj i nawet atmosfera bardziej swojska, jako że sobota i puby były właśnie pełne farmerzy. Nocleg tym razem w B&B, czyli w Bed and Breakfast, u pani, gdzie tylko dwa Bed pokoje do wynajęcia. Natomiast te Breakfast – śniadanie przygotowała pani chyba na osiem osób. Było nie do zjedzenia: jajka takie i jajka inne, chlebki takie i inne, takież dżemy, sery, szynki, bekony, jednym słowem uczta nie do pokonania. Co sprowadza mnie do sprawy jadła "na mieście" w tej NZ. Na miłość Boską nie zamawiajcie, Drodzy, w restauracjach porcji w NZ na osobę, bo jest nie do zjedzenia. Zamawiajcie jedno i share… Zamówiłem kiedyś baraninę, (że niby, oczywiście, jak można coś innego, prawda…?), i przyjechały na stół AŻ DWIE NOGI BARANIE, plus reszta. Oczywiście podzieliliśmy na dwa talerze a i to było za dużo… Nawet sałaty też -- jedna na dwoje… Tylko z kawą jest tam problem, bo popadło NZealandczykom, że kawa musi, ale tylko z Expressu, i kawa tam minimum NZ$3.5o… (Nb. w SIN wspaniała kawa nadal S$0.8o).

6.      Do Dunedin wjechaliśmy w samą niedzielę z rana. Piękny rynek, w stylu post-colonial Brytyjskim, zastawiony stolikami z piwoszami, a na środku rynku odbywały się właśnie jakieś zawody-gry szkockich bag-pipe bands, i załapaliśmy się nad naszym piwem na chyba ze dwadzieścia demonstracji gry i maszerowania po szkocku…

7.      W Christchurch jest nawet tramwaj, ale jest to wyłącznie zabawka turystyczna, więc nie dajcie się nabrać, nie służy żadnemu transportowi, tylko dla zwiedzających, ale i Christchurch miał ten post-collonialny zapaszek.

8.      Powrót po tygodniu do Pickton i do naszej sypialni w piwnicy, był już przeznaczeniem, a następnie powrót promem do Wellington i zwiedzanie Wellingtona… Muzeum narodowe Te Papa warte zobaczenia, ale w biegu, bo że niby co… Trochę tam tej Maoriady, uchronionej pewnie od zapomnienia, no i miasto jak miasto, z ratuszem, parlamentem, itd.

9.      Droga powrotna do Auckland via Rotorua, gdzie jest tyle siarkowodoru w powietrzu, że mój srebrny łańcuszek aż poczerniał. Są tam też takie rezerwaty z geotermalnymi fenomenami, jak bulgocące błota, parujący krajobraz, smród, i geotermicznie podkolorowane wody. Interesujące…! Jest to na wszystkich prospektach NZ, ale spacerowanie tam tylko za biletami i wyłącznie po wyznaczonych deskami chodnikach, i nie wolno z tego schodzić po karą wessania aż po Chiny.

10.  Jest tam też Maori Village, i trudno było ominąć. No, musze przyznać, że zrobione bardzo dobrze, stroje, wyrazy twarzy i expresje, no i tańce i śpiewania też, ale biorąc pod uwagę, że to odbywa się trzy razy dziennie, powstaje pytanie: jak ten kierowca autobusu może trzy razy dziennie powtarzać te same dowcipy…? I następne pytanie, czy maorskie tatuaże twarzy są de facto tatuażami czy też jest to szminka (całkiem dobrze zrobiona, ale szminka…). W tym Maori Village dali nawet obiad, podobno maorski, ale kto ich tam wi… i wreszcie…

11.  Auckland… Auckland jest rzeczywiście dość dużym miastem. W samym środku postawili tam taką wieżę, i można tam wjechać windą i oglądnąć miasto z lotu ptaka; i nawet można z tego skakać, (po co, to ja zachodzę w głowę, ale skakano nawet właśnie tam za naszej kadencji…). No, ale co…? Zobaczyć miasto z lotu ptaka to nie to samo, co zobaczyć miasto na piechotę… Singapur to ja już całkiem obszedłem na piechotę, zawsze znajdując coś ciekawego po drodze. Pamiętam, że to samo robiłem kiedyś w Warszawie, ewentualnie po Londynie, Paryżu, New Yorku, San Francisco, Bostonie, i nawet tutaj w YEG… Ale z lotu ptaka, to za przeproszeniem, "o kant dupy rozbić". Nic to nie daje… Czy znaleźliśmy coś ciekawego w drodze po Auckland…? Nie za bardzo… Za czysto, i za bardzo to zorganizowane… Ale było jednak coś ciekawego. Otóż w Auckland spotyka się na ulicy mnogość bardzo ładnych, młodych, długonogich blondynek, w znacznie większym procencie niż gdzie indziej, a ja jestem na coś takiego specjalnie uczulony. Nie mogę, więc powiedzieć, ale Auckland przypadł mi do gustu, tylko że Winnie nie była nastawiona na długie spacery i w związku z tym autobusowaliśmy, co nie co, bo z parkowaniem w Auckland to jednak jest problem: od 6:00a do 18:00p parking w downtown… NZ$40.oo, a to odbiera całkiem radość parkowania, prawda…?

12.  Nasza tura po NZ zakończyła się wyprawą na północ północy, do Bay of Islands, gdzie nareszcie nawet zamoczyłem ogon w oceanie, co udowodnione jest na załączonym obrazku.

Powrót do SIN był jak powrót do domu, za wyjątkiem, że właśnie wystąpiło na Pacyfiku El Ninio, i w SIN od Bożego Narodzenia nie spadła nawet kropla deszczu. Kiedy temperatury są do +35oC, a wilgotność do 100%, człowiek nie poci się, a raczej… klei… W ogóle, pod koniec dnia to ja ledwo powłóczyłem nogami, (a Winnie musiała pomagać mi ściągnąć T-shirt z grzbietu…), niezależnie, że każdego ranka o 6:00a, Winnie i ja biegamy tam po Pearl Park, po schodach, po ścieżkach, po czym się da, i gdzie mam już całą serie bardzo serdecznych przyjaciół…

 

I na tym kończę mój nieudolny Nasz Urodzinowy Kolejny Doroczny Raporcik z Podróży po…

 

Acha całkiem bym zapomniał: Nowozealandczycy mówią dość bardzo dziwnie po tym ich Angielsku… Najgorzej oczywiście jest z numeracją, i tak nasz wspaniały wiek wymawiałoby się tam (w transkrypcji phonetycznej…): "SEEVENTEEN SEEVEN". I świeć im O! Panie! ponad ich duszami…!

Czego i Wam życzę, prawda…

Tarrrah…!!!

 

Wasz

 

Jan (TEKO)

 

 

 

 

 

Z OKAZJI NASZEJ 76-TEJ ROCZNICY EGZYSTENCJI,

MÓJ KOLEJNY, (KTÓRY TO JUŻ…?), RAPORT Z PODRÓŻY,

TYM RAZEM DO

 PAPUA, INDONESIA

 

kliknij na foto `by przeczytać raport"Papua,Indonesia"

 

 

 

 

 

JAN TERESZCZENKO

W POLSKIM RADIO 1 MARCA 2009

e-mail adres do Jana    teko@shaw.ca

 

 "CHINSKI SEN O SINGAPURZE "

(kliknij na tytuł by otworzyć artykuł)

 

 

 

 

 

JANEK TERESZCZENKO NA SINGAPURZE

 

RAPORTY

 

 

              " PAŁACYK SINGAPURA"                                            "ZAIDE FAMILY"

by Jan Tereszczenko

 

"DREAMPIPE"

by Jan Tereszczenko

 

RAPORT NR.5

 

 

12 SIERPNIA 2007

 

Czesc Tam,

 

W zalaczeniu, w pieciu kawalkach jest moja ostatnia wypocina, QUINTUPTYK - BOAT QUAY (Nadbrzeze Lodzi...), W SINGAPURZE. Te piec kawalkow pasuje jeden do drugiego w kolejnosci numerow.

Ale najpierw przeprosiny i ostrzezenie: Jeslibyscie mieli trudnosci z otwarciem tych zalaczonych fajli, dajcie znac... Rowniez, na odwyrtke, jesli macie super-kompa, i mozecie otworzyc znacznie wieksze fajle, dalcie mi znac rowniez, a wtedy wysle Wam caly Quintuptyk w jednym kawalku. Ostrzegam jednak, jest BARDZO DUZY...!

No wlasnie...

Jest mi niezmiernie milo podzielic sie z Wami Tam, w tej niewymiernej przestrzeni komputerowej e-nebuli, moim produktem tzw. Sztuki, aktualnie wlasnie skonczona przeze mnie aqua-koloratura w pieciu czesciach, slynnej Singapurskiej Boat Quay, polkilometrowej prawie, niezwykle widokowo slynnej i czesto fotografowanej  panoramy nadbrzeza, obecnie barowo-restauracyjnego szalenstwa, co to nie wolno go pominac za nastepnej Waszej wizyty w tym miescie-panstwie.  Zajelo ok. 50-60 godzin na skonczenie tego projektu, ale rezultat nie wyglada wcale tak zle. Oczywiscie osadzicie sami, a w miedzyczasie, wesolej zabawy...

A teraz kilka slow o Boat Quay. Bylo w tradycji starochinskiej w Singapurze, ze handlarze, rzemieslnicy i inni pracowali, produkowali, handlowali, skladowali i generalnie zbijali fortuny na parterze swoich domow, mieszkajac na ogol na pietrach tzw. 'shop houses' (domow-sklepow...). Singpurskie nadbrzeze oczywiscie opieralo sie glownie na handlu z morza, gdzie tysiace przeronego kalibru lodzi zarzucalo kotwice albo cumowalo tuz obok nadbrzeznych 'shop houses'  stwarzajac wspanialy balagan halasu, smrodu, kotlowiska lodzi, no i oczywiscie smietniska... (co prawda nie widzialem, ale domyslam sie z opowiadan i starych fotografii...). I bylo to oczywiscie wspaniale i kolorowe. Ale... Ojcowie tego Miasta-Panstwa widac doszli do wniosku - i to calkiem nie tak dawno - ze nalezy skonczyc z tym 'balaganem' raz na zawsze, zamieniajac to cale nadbrzeze na raczej wyporzadkowana, ale nie mniej widokowo interesujaca dzielnice, nazwana, O...! wlasnie, 'Boat Quay', przeznaczona glownie na wysoko-cenne fetowania milionow turystow (Singapurianie zasadniczo nie jadaja na Boat Quay...), odwiedzajacych Singapure dziennie. Glownym daniem na Boat Quay jest oczywiscie 'krab w czarnym pieprzu', wybierany z akwarium...Zaganiacze na chodniku nie pozostawiaja zadnego przechodnia w spokoju wciagajac do kolejnych knajp, stad 'krab w pieprzu' jest nieunikniony, zakrapiany 'Singapore Sling' (ktory to cocktail jest rownie paskudny w smaku, jak jakie lekarstwo, i rownie nieunikniony...) I tak to leci... Wypucowany, wysztafirowany Boat Quay jest nie mniej atrakcyjnym miejscem i absolutnie nie do ominiecia w czasie odwiedzin w Singapurze.

 Front panoramy tego zjawiska jest niestety oddalony jednak od obserwatora o jakie 300 m szerokoscia zatoki w tym miejscu, co powoduje, ze detale tego 'zjawiska' sa nieco dla obserwatora zamglone, ale z kamera zoom i technologia video dostepnymi dzis dla 'artystow' tego pokroju co ja, udalo sie stworzyc baze do okreslenia caloksztaltu obrazu. No, i - spowiadam sie... - nie obeszlo sie bez fotografii w tym projekcie. Ale to co Wam niniejszym ofiarowujenie nie jest "fotografia"... O, nie...! Jest to niewatpliwe "dzielo sztuki", ktore oto, ni mniej ni wiecej, posylam Wam ku radosci no i i wiadomosci...

Jakies komentarze, uwagi, krytyki...?

Prosze, mowcie glosniej bo cos nic nie slysze...!

 

Tarrrah...!

 

 

"WINNIE"

by Jan Terszczenko

 

 

27 czerwiec 2007

(2007 06 24) BUDDHA TOOTH TEMPLE SINGAPURA (Medium)

by Jan Tereszczenko

 

 

To all my Friend (and enemies, if I have any...) as an attachment to the attachment...

 

Attached to this note is my new aquarelle, depicting the recently completed Buddha Temple devoted to the Prophet's Tooth. Some say, that there are in the World six known Buddha Teeth, but precise counting finds seven... The question, therefore, remains, whether the allegedly this Buddha's Sacred Tooth (to whom is this Temple dedicated, and which allegedly is deposited therein...) is one of the 6, or the seventh, unverified one. Anyway...

The building has been recently dedicated after it's magnificently rapid erection (slightly more than a year...) by the crew of workers - I hear - from Mainland China, working virtually non stop day-and-night during that time. The cost of $60 million SIN$, is no longer surprising considering how rapidly and dramatically rise the costs of anything, in these allegedly non-inflationary times.

My interest with this building was primarily architectural - both design and erection - which were the subject of my interest and studies along the way. It culminated eventually in the attached aquarelle, which you could judge as "good", "not so good", and "not good at all"... But that is not the point. The painting was done by me in situ, without any photographic or gombyooder assistance, whatsoever, and considering that in Singapura the temperatures are rather high, and humidity depressing, and considering also that during the +- 12 hours it took to complete it, I was rained four times, there is some "blood, sweat n' tears" included within it.

So having said that, enjoy, enjoy...!, as the French say, and if you have any comments, suggestions, or just want throw a shoe at me, you're welcome...

And that's about it...

Ja rowniez przepraszam moich polskich adresatow, za jedynie angielski tekst, ale chcac wyslac ten obiekt w eter musialem sie ograniczyc, za co Was serdecznie przepraszam...

I to tyle...

 

 

 

 

 

"FORT CANNING PARK TREE"

by Jan Tereszczenko

 

RAPORT NR. 4

 

 

24. OSOBOWA, PIECIODNIOWA WYPRAWA DO HA NOI, VIET NAM

PRESONELU BIURA LIU & WO ARCHITECTS, Z SINGAPURY,

 OD 18. DO 22. STYCZNIA, 2007

 

 

Jest juz w tradycji biura Liu&Wo Architects, ze raz do roku w okolicy Swiat-Nowego Roku (Chinskiego, oczywiscie... Gong Xi Fa Chay...!), cale biuro, naszt firmy, jedzie na wycieczke do jakiegos egzotycznego miejsca. W tym roku taka destynacja bylo Hŕ Nôi, Vięt Nam. Wlasnie wrocilem stamtad, przywozac ze soba 16. stronicowy notatnik-log moich obserwacji i uwag z tej wyprawy. Jest tego mnogosc oczywiscie i prawdopodobnie kolosalny w tym balagan. Wiec raczej z pamieci (ale rowniez korzystajc z moich notatek...) sprobuje niniejszym przygotowac moj kolejny krotki Raport z tego Hŕ Nôi, Vięt Nam.

 

HŔ NÔI, VIĘT NAM

 

Vięt Nam jest szalenstwem niedowyobrazenia. Juz od samego ladowania oczekiwanie na bagaze trwalo znacznie ponad godzine, w bardzo smutnym i widocznie „komunistycznym” srodowisku. Pisze w cudzyslowie, bowiem w trakcie tych kilku dni, nie dalo sie nie zauwazyc oficjalnej komunistycznej twarzy tego kraju, z jednoczesna tuz obok EKSPLOZJA prywatnej ekomicznej inicjatywy. Pisze duzymi litrerami, bowiem skala tej eksplozji i jej energia ma wymiar i komplesowosc, jakiej wyobrazenie sobie tego w ramach znanych i ustalonych miar nie jest mozliwe.

 

Miasto nazywa sie Hŕ Nôi, i juz od razu uderza wietnamskim jezykiem, ktory coprawda lacinsko literowy, ubarwiony jest dosc duza iloscia specjalnie udekorowanych samoglosek, ktorych jest: osiem "A", "E" i "O", po cztery "I" i "U", jak rowniez dwa "Đ", przy ktorych polskie "a" i "e" ("on" i "en"...), i inne, wydaja sie calkiem proste.

 

Nasza wyprawa byla organizowana wedlug znanych rytualow grupowo-wycieczkowych (taka podobno jest tam formula...), bylismy wiec od samego poczatku podmiotem uroczego zreszta przewodnika, pakunkiem autobusowym, i grupa biesiadna w przygotowanych juz uprzednio restauracjach i hotelach. Oddalalo to nieco uczestnikow od prawdziwego biegu wypadkow, ktory obserwowany jedynie tylko z okien autobusu, wygladal juz od razu na pewien rodzaj haosu niespotykanego (przynajmniej przeze mnie...) gdzieindziej. Polegal on na tym, ze ruch uliczny w miastach i miasteczkach nie wyglada wcale na korygowany znanymi zasadami ruchu, a raczej jakas niespotykana umowa pomiedzy przeroznymi pojazdami i pieszymi, w ktorej regulowanie tego ruchu i jego widoczna bezkonfliktowosc wynika z praw bardziej boskich niz ludzkich. Jak ten ruch uliczny, jedac we wszystkich kierunkach w tym samym czasie, w galimatiasie przechodniow i nawet zwiarzat, dojezdza bezkolizyjnie gdzie trzeba, trudno pojac. W samym Hŕ Nôi, przy czterech milionach mieszkancow, jest podobno szesc milionow motocykli, nie mowiac o samochodach, rowerach, przeroznego rozmiaru trasporterach i maszynach budowlanych, wszystko w ruchu bez zasadniczego przetrzegania praw. Np. zaden motocklista w helmie, oczywiscie, nie mowiac juz o rowerach; wielu bez swiatel w nocy; trasportujacych na tych motocyklach (i na rowerach...) przerozne uklady pasazerskie: wiec niemowleta, czesto kilka, z przodu i z tylu, trzy, a nawet cztery osoby (podobno nawet wiecej...); przerozne uklady towarowe, i na wlasne oczy widziane przedmioty: spietrzona sterta jajek, w plastikowych kontenerach, pasazer wiozacy olbrzymie lustro, albo rury budowlane w poprzeg maszyny albo wzdluz, snopek trzciny cukrowej przynajmniej ze 3 m szerokosci, materialy budowlane roznej okazalosci, i cokolwiek dusza wymysli. Okazuje sie ze motocykl w Vięt Namie ma kolosalna cierpliwosc. Ale nie tylko ten transportujacy, bo rowniez tez, ktory jedzie w przeciwnym albo w poprzecznym kierunku. Ta cierpliwosc jest niesamowita, biorac pod uwage niezwykla wprost mozliwosc kolizji, ktorych jakos jednak nie uswiadczono... Teraz, do tego zmechanizowanego trafiku dodac nalezy ruch pieszy, rowniez we wszystkich miejscach i kierunkach, jak rowniez dodatkowa ilosc pojazdow konnych, krowich, wodno-bizonowych, jak rowniez pieszych transporterow, w charakterystycznych stozkowych kapeluszach, noosacych na bambusowych kijach rownie niespotykane i wymiarowo zaskakujace towary. Haos-kolos...!!!

 

A jednak... I tu wkracza to znow w dziwacznosc systemu. Caly ten haos bowiem, odbywa sie w stanie kompletnie bezkonfliktowym. W czasie mojego 5-dniowego pobytu (a jestem na to specjalnie uczulony...)  NIE ZAOBSERWOWALEM CHOCIAZBY JEDNEGO WYPADKU LUDZKIEGO KONFLIKTU, ilosc natomiast usmiechow i serdecznosci - nie-do-policzenia. Skad spoleczenstwo, jeszcze nie tak dawno w stanie dosyc smiertelnej wojny i strat spolecznych, ulokowane swoimi 80. millionami mieszkancow na obszarze rownym Polsce, operujace nadal w stanie ruralnej nedzy,moze pozwolic sobie na tak uniwersalna „bezkonfliktowosc”, zachodzic mozna w glowe... A jednak...

 

Nedza...? Oczywiscie...! Ekonomiczna eksplozja Vięt Namu nie dotycze wszystkich. Tzn. Wszyscy by chcieli i daja o tym znac. Stad malo kto spotykany zainteresowany jest dokonywaniem tranzakcji w lokalnej walucie, wszystko wymiarowane raczej w US$$, i to glownie jendostkowo. Nalezy wiec jadac do Vięt Namu zaopatrzyc sie duza ilosc US$1.oo, singli, bowiem piwo – dolara, kartki pocztowe – dolara, tee-shirts – dolara (no, moze kilka...), zupa – dolara, kluski tez, itd. (nb. Tez samo Tiger-pwo, ktore w Singapurze kosztuje od S$5.oo do 8.oo, w Vięt Namie, exactly... dolara [czyli S$1.5o]...), kapelusze stozkowe – dolara (nawet dwa...), no i taksowkarze tez; no i klopot z duzymi banknotami, bo nikt oczywiscie „nie ma reszty”. Vięt Namskie dongi, natomiast, w emisjach wielotysiecznych, cyrkuluja poszarpane, pomiete, i kmpletnie traktowane bez powazania. Odnosi sie to rowniez do panujacego w tym kraju systemu komunistycznego, ktory traktowany jest (mowil nam o tym poblicznie nasz przewodnik we wprowadzeniu do zagadnienia w autobusie...) bez jakiejkolwiek rewerencji, jako zlo konieczne z pewnymi wyjatkami. Np. Wiec – mowil – ludzi pracujacy w systemie, dostajac bardzo skromne place, „...pracuja tylko 3 godziny w dniu pracy, i sa sklonni do przekupstwa...” (stad pewno i nasze opoznienie w bagazach...), no i niewatpliwy smutek na twarzy funkcjonariuszy publicznych, np. celnikow, czy policjantow, czy tez innych urzedasow...

 

Wyjatkiem w tej arogancji do systemu jest calkiem naturalna generalna rewerencja oddana Ojcu Niepodleglego Vięt Namu, Ho Chi Minh’owi. Owszem, bylismy i my oddac hold temu dosc interesujacemu, wydaje sie, czlowiekowi, ktory w podobny do Lenina sposob zabalsamowany jest w centrum mauzoleum, do ktorego kazdy turysta pakunkowy jest doprowadzany z odpowiednim przygotowaniem duchowym. Lezy wiec Ojciec Ludu w szlanej trumnie, a obok sunie zwolna niekonczaca sie linia turystow i poddanych, i nie trudno nie oddac mu holdu, jesli w wielu aspektach swojej pracy dla Vięt Namu zasluzyl sobie na to...

 

OK...? A turystycznie... Oj jest ten Vięt Nam niezwykle bogatym w atrakcje krajem. Zaczelismy od wyprawy do rejonu Vin Ha Long, gdzie w stosunkowo malym nadbrzezu wyrasta w morza niekonczaca sie ilosc (podobno az 3,000...) wysp-skal, kazda o prawie pionowych scianach, kazda o nieslychanie interesujacej strukturze. Malym drewnianym okrecikiem (a ich setki...) wedrowalismy od wyspy do wyspy, jak rowniez po samych wyspach, srod niesamowitych wprost ukrytych w ich wnetrzu jaskin (Thien Cung = Heavens’ Palace Cave i Dau Go...) przypominajcych kolosalne swiatynie bogow morza, chyba, bo nie ludzkich. Istota i historia tych niesamowitych zjawisk przyrody wywodzi sie z tektonalnego charakteru rejonu, gdzie przez miliony lat, morzem wyjadane jaskinie, uniesione zostaly nastepnie ponad poziom wody, i ujawnione... dopiero w latach 1990... Do tego czsasu byly one jedynie tajemnica mysliwych malp, ktorzy zagoniwszy malpiszona do w haszczach ukrytego wejscia, mogli nastepnie go tam upolowac. I tak przez cale lata... A potem nagle to otworzono, i miliony turystow wedruja srod tych wspanialosci, dzis oswietlonych scenicznie zaplanowanymi kolorowymi swiatlami. Stalaktyty natomiast i staladmity, nie-do-o-pi-sania. I nawet fotografia nie odda. Koniecznie trzeba zobaczyc...! Tlomaczyl nam nasz przewodnik rowniez , zakamarki polityki turystycznej, i brzmialo to jak jakas bajka absurdalnosci, z jednej strony oparta na komunistycznej biernosci i nawalance (jak w dawnym PRLu...), a z drugiej na tej eksplozji prywatnej inicjatywy (jak we wspolczesnych Chinach...). Powiedzial, ze Viet Namczycy sa generalnie zainteresowani 4-ma sprawami w nastepujacej kolejnosci:

  1. Jedzenie...

  2. Spanie...

  3. Sex...

  4. Toilet, czyli w Vięt Namie, WC...

 

W drodze powrotnej do Hŕ Nôi, nasza wycieczka odwiedzila cale miasteczko producentow pottery, w stylu Chinsko-Vięt Namskim (bardzo piekne...), gdzie moglismy (ba, musielismy...) zapoznac sie z calym procesem, lacznie z niezwykle serdecznymi dziewczynami, pracujacymi na nszych oczach zarowno w modelowaniu, jak i malowaniu przroznego wymiaru skorup... Takie odwidzanie roznych przemyslow i warsztatow rzemieslniczych jest jakgdyby dzis juz czescia przemyslu wycieczkowego, z tego bowiem w naturlany sposob moga plynac nastepnie odpowiednie zyski... I slusznie... Bardzo wartosciowy pomysl, tylko znacznie lepiej bez pakunku „prosze wycieczki”.

 

Inna pakunkowa wyprawa byla wizyta w miasteczku jedwabiu. No, slynie Vięt Nam z produkcji jedwabiu, ale obejrzenie tego we wszystkich stopniach produkcji, od hodowli liszek, po kokonowanie, po odwijanie kokonow, po przygotywawanie przedzy, po tkanie na na ogol recznych krosnach, no i niekonczace sie sklepiki, od podlogi po sufit zawalone belami wspanialych chinoiserie tkanin jedwabnych, nie-do-o-pi-sania (z jednym warunkiem, powiedzial nam przewodnik, ze czasem nie wiadomo czy jakis tanszy produkt, nie jest wcale jedwabiem... No, ale co ujrzano, to ujrzano...).

 

Coprawda Hŕ Nôi, bedac znacznie mniejszym miastem od Ho Cho Minh City (czyli Saigonu...) nie ma moze az tak wielkiej ilosci atrakcji. jak miasto poludnia, jest jednak pelne zaskakujacych niespodzianek, najwazniejsza z nich oczywiscie, Stare Miasto. Tam dopiero haos i galimatias, bowiem do ruchu ulicznego dodac nalezy kompletne wypelnienie chodnikow straganami i rozlozonym na ulicy towarem, plus nieskonczona iloscia towaru we wnekach sklepowych, kazda  bez scian frontowych, plus takie samo wypelnienie calego terenu kolosalna iloscia ludzi; a poniewaz 60% ludnosci Vięt Namu jest ponizej 25 lat, wiec jest to wypelnienie niewatpliwie rownie atrakcyjne jak i intensywne...

 

A sa te dziewczyny ladne, i eleganckie...? Sa...! A smieja sie bez zenady...? A smieja...? I sie usmiechaja tez...? Tez...! No to macie... Czy warto zobaczyc Hŕ Nôi noca na Starym Miescie...? Absolutnie, i to riksza rowerowa, od ktorych czesto trudno sie opedzic. No to musiano, prosze wycieczki, odbyc i taki przepisowy kurs, i nawet warto bylo, dochodzac do przekonania na zakonczenie, ze jednak nadal zyjemy... A bywalo blisko... No i te trabienia... Ale pewnie bez tego generalnego trabienia wszelkiego rodzaju klaksonami, ruch uliczny w Hŕ Nôi nie ruszylby bodaj z miejsca...

 

Odwiedzilismy w czasie tych pieciu dni szereg swiatyn, glownie Buddyjskich, z mala teologiczna roznica. W Vięt Namie Buddhism celebrowany jest w innym ukladzie seksualnym. Otoz Buddha Vięt Namu jest KOBIETA... Jak to jest mozliwe, i jakie sa tego poszlaki nie umiem odpowiedziec, jak rowniez nie umiem odpowiedziec pewnie i na wiele innych pytan czy problemow, zwiazanych z tym krajem i miastem – nie zapominajmy, ze ja bylem tam tylko 5 dni, i to jako pakunek turystyczny, ze nasz uroczy przewodnik odpowiadajacy szczerze i szeroko ma wszyatkie pytania, - a umial, cholernik, wszystko wytlomaczyc – uzywal jednak angielskiego w lokalnej interpretacji, a to nie pozwalalo na glebokie utrwalanie sie danych w pamieci, i nawet moj 16-stronicowy notatnik-log nie jest tutaj zbytnio pomocny. Dlatego za dane statystyczne czy tez za luki w detalach nie odpowiadam, przekazuje Wam, natomiast, wizje, wrazenie, musniecie obrazu, ktory pod kazdym wzgledem wart jast obejrzenia, zarowno ze wzgledu na jego dziwacznosc, atrakcyjnosc, jak i na jego SERDECZNOSC...

 

Acha, calkiem bym zapomnial. W czasie naszego pobytu Hŕ Nôi spowite bylo w aure dosc mglista i pozbawiona slonecznosci, a temperatury ranne osiagaly nawet +10oC. Bylo to oczywiscie tragedia dla naszej grupy, przyzwyczajonej jedynie do minimaliow termicznych nigdy ponizej +25oC, wiec opatulali sie, biedni, w welniane rekawiczki i czapki, podczas gdy nizej podpisany paradowal w samej koszulinie, jak za dawnych lat. Co wiecej, wyekwipowalem sie wreszcie w kamere foto-digitalis, i przyznaje, ze podnoszac nieslychanie wydajnosc fotograficzna petenta, taki aparat znacznie obniza przyjemnosc fotografowania. Idziemy jednak z nurtem, i jak widac, SPADAMY...

 

To tyle narazie...

 

Jan (TEKO-SG)       

 

 

 

 

 

JAN TERESZCZENKO NA SINGAPURZE

Ponizej namiary kontaktowe z Janem

teko@shaw.ca     lub   jan@liuwo.com.sg  

 

SINGAPURA, 5 FEBRUARY (LUTY) 2006

JAN’S RAPORT SINGAPURA No. 3 & LIST DO WOJTKA,
WOJTKA I DO RYSZARDA (SYMBOLICZNIE)


Basically, this letter is my Third Report (3) from Singapura but it requires two explanations… The first one relates to the motive for its special format and meaning, and an apology that its portion will be, regrettably, in Polish, which may be frustrating for some, but, alas, English is as much frustrating for some others… Well that’s life…

So, the explanation No 1: Back in my high school years, there was four of us: Wojtek Pulaczewski, Wojtek Kroszczynski, Ryszard Zatchej & moi - your humble reporter – incidentally all four BORN THE SAME DAY. Since our schools were segregated then (all boys we…), and since from the 1st grade of Gymnasium (the seventh year…), till the 4th year of Lyceum (the twelfth…) we shared all these six years, day after day, in virtually the same room, it was natural, that a certain bond developed between us four – let’s call ourselves… BROTHERS… For several years now, I took upon myself a duty (an honor rather…), to address my remaining brothers (Richard unfortunately left us prematurely…), with a letter on an occasion of our birthdays (all on 3 February, 1933, to be exact. By the way, I was the senior among the equals, since I came to be at 5:00 am…). In such a letter, I always tried (try…) to summarize what at that very moment was (is…) the most important set of thoughts, on whatever subject it may have been at that time, and ostensibly personal too, and then addressed my Brothers, in expectation of course, of some sort of an answer, n’est pas…? Well, Wojtek Kroszczynski sometimes wrote few words, but the others, NOP…! NOTHING…! Did it discourage me in any way…? NOP either…! So, once again this Report relates to an occasion of our foursome’s birthday, and a great many thoughts that it generated this time… I shall share some of those with youall in the lingua franca, but the Anniversary letter to my Brothers (part of this Report anyway…), will be only in Polish. Sorry Folks…! This is MY Report if you don’t mind, and if you no like it, don rea ee… Aaah…!

Having said that, the explanation No 2, is in fact a Rebuttal to my Report No. 2, which was forwarded to me by my friend, Andrzej Goralczyk, as it was forwarded to him by the one of his (unnamed…) friends. And here it is:

Hi Andrzej.. An interesting (perhaps somewhat idealistic) perception of Singapore. I have been to Singapore many times (maybe 10 or more) but have never lived there. I lived in Kuala Lumpur for a while. Personally, I don't like Singapore very much. I think the negatives outweigh the positives but I must admit, that I don't think many cities in the world can compete with Melbourne and Sydney, so I'm inherently biased! To me, Singapore lacks zest and personality. Sure, it has the Chinese, Indian, Malay and Arab influences and these aspects give the city some texture and flavour, but the Singaporean government (fascists) have strangled cultural creativity and development since the 1950s. Today, homosexuality is illegal in Singapore, and they routinely apply the death sentence to drug traffickers, etc. Singapore is not a model of peace and harmony as much as a totalitarian police state. One only has to look at the working population to realise that it is a very, very sick society. Old, frail people in their 70s and 80s are forced to work in menial, de-humanising jobs such as cleaners/janitors/taxi-drivers when they should be enjoying the fruits of their labours in retirement. They can't afford to sit still! The economic monster consumes all in its way. If you want materialism, look no further than the average Chinese Singaporean. I guarantee you will not find as many stressed out people in one city as in Singapore. Perhaps Hong Kong is comparable - another awful city.

To which I can only add, that he (whoever he is…), is absolutely right… My enthusiastic, as well as his rather somber observation, can be addressed to any place on earth (Melbourne and Sydney, notwithstanding…), but this is not the point… I write as ME, personally, and don’t profess to be absolutely right. My impressions may change with time, but now I call this place (Singapura…!) a “home”, and why…? Keep on reading…!

Yesterday I returned from a week in Indonesia. Indonesia I know a bit, and can even move around Jakarta to some extent (moving around Jakarta is not easy, believe me…), but as my Boeing 737 of Adamair landed in SIN, I breathed easier – finally back home…! Strange, ain’t it…? My home was supposed to be a WAW (at one time…) or a YEG, but why here…? Cause it’s safe… A home is where it’s safe - Mr. Andrzej’s Friend, Whoever you are… - and easy too… SINGAPURA…!

GONG XI FA CAI, the year of a dog, and the office was closed Monday and Tuesday, so this was as good a time as any to take a hop for a week to the old Jakarta, see Linda YaYa and Arif, my Friend, and may be even do a Bali (accent on “i”, please, terima kasih, thank you…!). And so I did… There is now so many Air Lines under the Indonesian flag (incidentally upside down to the one of Polandia…) that, listen to this: Adamair, Lion Air, Batavia Air, and so on, each cheaper than the other, and no less (sorry: no more…) elegant… Where are the times of elegant airlines…?

Upon landing I found Jakarta exactly the same… That is, that if there was a broken sidewalk at some place 11 years ago, it was broken still, I promise you… If there was some dirt at some other place, I guarantee, it was perhaps just a little bit dirtier… Indonesia has an inherent habit to accept a broken something as a given, and to cherish its uselessness nonetheless. Is Indonesia for that not less smiling, not less helpful and friendly…? Probably not, though as Arif explained to me, the economy of the country is in shambles (and it’s visible…), and what follows is a certain sadness observable on the faces of its population. Not less, however, warm as usual was our meeting together, and I rest assured, that in Indonesia once forged a friendship or love, it stays undiminished by the hardships of living, the poverty, the devastation of the environment, or whatever… I remember that when we parted four years ago, Arif cried… It was not surprising then, that when we embraced again at the Food Court of old Pasaraya, at Blok M (Make a note of this “Blok M”, for when you ever visit Jakarta, remember that everything there starts and ends at Blok M…!), he cried again. A lunch Indonesian style in an Indonesian type restaurant, and that between Linda YaYa and her family, all Chinese, and Arif and his wife, both devoted Muslims, being as unique as one may imagine, with ME in the middle… Yet it worked… Things sometimes work quite uniquely anyway, for listen to this…

For when I called Arif about my planed visit, I reminded him that (do you remember…?) back in 2002 we entertained then my BIRTHDAY IN BANDUNG… And it was something of a kind, right…? Then how about a BIRTHDAY IN JAKARTA this time, I inquired…? It was soon that Arif came with an idea… How about, Pan Jan, if you make a birthday party for a 20 or 30 Muslim orphans from the Arif’s Mesjid (Mosque…), together with a Muslim ceremony, prayer and gifts, at Arif’s house…? The gifts – listen to this - to be a box of food, one for each child, plus an envelope with some small cash (rupiah…) inside. The idea sounded so strange on one hand, and so exciting on the other, that I did not require much thinking to agree to it with enthusiasm… You see, (I said it at another occasion, but…), it doesn’t matter how long one lives on this earth (I am actually 73 right now, though I – allegedly…? – look no more than 45 – so some say… terima kasih…!), and however many things repeat themselves in such a long span of life, there is always a something FIRST… This time it was to be a Muslim birthday, in a Muslim ceremony… How much can one ask…?

The fact, that in the preparation for the Party I was introduced to the few officials of the resident Mesjid, and that I ACTUALLY WENT TWICE, TO TAKE PART IN THE MUSLIM SERVICE, is now a historical fact. Here are only few details for the uninitiated: First the washing: Three times hand, then three times nose, then three times ears, then three times mouth (wash inside…), then three times forehead, then three times forearms, then three times feet… Allahi agbar… And now I understand how the rows of men (women separately…) bow to the Allah on command, what is being said, what it means this five-times-a-day invocation of a muessin (did I spell it right, Arif…?) to join in the prayer, and so forth, and so forth. Of course you have to be there to fully understand but, please, when you see next time the bowing heads of Muslim in a Muslim ceremony, remember that Jan was there and that he came back alive… And, accept also the peace of a Mesjid in prayer, and no one being in the leastest surprised or offended by this bule presence, the only one amongst the believers, participating with them in their ceremony. I may have not fully understood all the words, nor be a subject of the spirit of Muslim religion, but the very fact of MY participation there, was an unique event in my life, in itself… and this I wanted to share with you now…

 

 

Bali (remember the accent…?). A short flight to Denpasar, a short ride by taksi to Kuta, and we (Arit and I, of course… Who else…?) had ended in an almost empty Hotel, not an expensive one, and neither the most comfortable, but… And only few minutes later, your reporter running to attack the waves (strong, sob’s…) of the Indian Ocean. Warm… Salteeee…! And dark… For the sun sets at Bali like a bomb. Pluck, into the ocean, and it’s gone… And then a dinner in a restaurant…? Empty, no guests… And shops…? Full of merchandise, but no shoppers… Before dinner we visited the monument to all those killed during the first two explosions (10 minutes apart…), on Jalan Legian, in Kuta. Almost 80 Ausies, many other nationalities, and even one Polish girl, some Nina Pietrzak, or something, have their names engraved. The monument is quite spectacular, all curved in the white stone Balinese style, and lighted all night. Somber reflection, though, and a thought about the futility of that act… Why…? For what cause…? The only result being, that now Bali is empty and sad, its economy broken, and Australia absent in protest. And yet the sun rose in the morning, and set down in the evening, the ocean kept braking the waves at the beach as usual, and only a horror and a sadness after this stupid adventure…? And, another one, few years later…? Why…?

The deal took some persuasion, but we eventually had arranged two driver-and-car tours of the major historic architectural spots of the island - mostly Hindu temples, and some quite a distance away…

 

                           

Believe me, though, it was worth it… Bali is rich in history and in its special spirituality, and once unwrapped from ever present commercialism, it glows spectacularly… Did we see the singing and dancing presentation of Hinduism, NOP…! Possibly we have missed many other things too, for one can not see ALL in such a short time, but if these just two days at Bali seemed like A WEEK, it only gives a testimony to its richness.

  

On my Birthday day the female staff of the house worked since the morning on the preparation for the ceremony. 30 orphans from the neighborhood were to attend, together with the spiritual leaders whom I have already met before… But here I come to this portion of my Report which will be addressed to my Brothers: Wojtek, Wojtek, and Richard (spiritually), and I must switch into Polish. Sorry Folks… I’ll be back shortly, anyway…

  

Drodzy Wojtku, Wojtku i Ryszardzie (symbolicznie),

Jesli udalo sie Wam rozszyfromac powyzszy tekst, wiecie juz, ze niezaleznie od tego jak dlugo przychodzi nam przebywac na tym swiecie, i niezaleznie od tego ilesmy to juz przezyli (co laczy sie zawsze na ogol z pewna powtarzalnoscia wydarzen…), jest zawsze (ZAWSZE…!!!) miejsce na cos PIERWSZEGO. Jesli wiec moje urodziny - na ktore oczywiscie symbolicznie Was rowniez zaprosilem - odbyly sie w ceremonii Muzulmanskiej, bylo to z gruntu cos tak kolosalnie pierwszego, ze kiedy moj Arif zaproponowal ten format, nie moglem odmowic… A format byl nastepujacy: Arif jest gleboko praktykujacym Muzulmaninem, i jego propozycja opiewala na zaproszenie do jego domu (Jalan Siaga IC, No. 1B, Pajetan Barat, Pasar Minggu, Jakarta, Indonesia…), 20-30 sierot (anak-anak yatim…) z pobliskiego Meczetu, ktore po ceremonii scisle religijnej, zostaly-by nastepnie ugoszczone przeze mnie kazda podarunkiem pudelka z jedzeniem, i koperta z podarunkiem w gotowce… Trzeba tutaj dodac, ze w Indonezji obecnie panuje duzo glodu, a stan ekonomii kraju jest fatalny. Oczywiscie nie bylo moim celem, ani mozliwowscia rozszyfrowywanie struktur zarowno ekonomicznych, jak i spirytualnych, czy nawet organizacjyjnych zwiazanych z ta ceremonia, i z natury rzeczy pozostawilem to domowi Arifa, (ja bylem jedynie od zabudzetowywania…), ktore to domostwo, zgodnie z tradycja kraju sklada sie ze staruszki Matki. oraz niezliczonej ilosci braci i siostr, lacznie z ich zonami i mezami, oraz dziecmi, wszyscy skomasowani na raczej minimalnej przestrzeni, zgodnie i serdecznie kooperujacy w swoich wchodzeniach i wychodzeniach, wjezdzaniach motocyklami prawie do srodka domu, jedzeniach, myciach sie, spaniach na podlodze, i usmiechaniach sie do goscia, ktoren tylko fragnmentarycznie byl w stanie rozpoznawac obyczaje i nastroje domu. No i kuchnia… Bez okien, z dwoma sluzacymy, wywodzacymi sie bezzebnie ze szczepu Badui, niezwykle fascynujacego i bodaj najbiedniejszego w Indonezji, na bosaka – oczywiscie – i przygotowujacego wszystko w kuchni na podlodze. (Nb. Posiadanie sluzacej (-cych…) nie jest w Indonezji wyrazem dostatku. Wrecz przeciwnie… Kazdy nawet najbiedniejszy dom ma sluzaca, jeszcze biedniejsza niz gospodarze…)

Jak powiedzialem, przygotowanie do MOICH (naszych…) URODZIN (ulang tachun…) trwalo juz od ranka, (temperatura od rana +34oC…), w ktorym uczestniczyly wszystkie ze siedem pan domu… Odnotowalem specjalnie dla Was menu przyjecia, i zestawu podarunkow dla kazdej sieroty i gosci… A wiec: Cabe brendir - czerwony pieprz strasznie palacy w gebie, rozcierany na kamiennej tarce-misce, kamiennym tluczkiem, wszystko oczywiscie na podlodze… Bawang merah & bawang putih – czerwona i biala cebula… Nasi kuning – zazolcony ryz, specjalnie do tego celu przygotowanym korzeniem zostawiajacym niezmywalne slady na palcach, nastepnie uformowany w piramide posrodku tacy, z wieloma innymi jeddzeniami dookola na krawedzi… Nasi putih – bialy ryz, normalka, prawda, tylko, ze tam (tu tez…) wszystko jest na bialym ryzu… Ayam goreng – czyli zapiekane kurze udka… Tempe – takie skibki zrobione z jakichs orzechow, czy czegos takiego, bardzo indonezyjskie… Telur – czyli po prostu jaja zapiekane na omlet… Timun – czyli mizeria z ogorkow, proste…? Kantang – czyli drobno poszatkowane kartofelki, tez zapiekane… Kecang – czyli fistaszki, ale inaczej smakujace niz nasze, miekkie… Sambal ulek – tak indonezyjskie jedzenie jak mniej indonezyjskie juz byc nie moze, w sosie z innych jedzen, ale kompletnie inne niz cokolwiek nam znane… Ayam hati - czyli serca kurze, tez jakos spreparowane na dziwno… The manis – czyli herbata z cukrem, zawsze niezwykle slodka… Minumin aqua botol – czyli po prostu woda butelkowana… (nb. w Indoenzji wody z kranu pic nie wolno; woda tam nie jest “nie dobra”, ona jest trujaca…! Wiem cos o tym, bylem kiedys podmiotem zakazenie ta woda po umyciu sie. No, teraz, to ja bedac juz nieco zimmunizowany, nawet myje zeby woda z kranu, ale pic nadal nie wolno…!) Bua buahan– wiele owocow… Pisang – banany… Juruk – pomarancze… Duku – mandarynki… i… Kuetar black forest – czyli tort ze swieczkami…

No, musicie przyznac, ze uczta wspaniala… Jak powiedzialem juz od rana wszytskie panie nie tylko tarly to, smazyly w tym goracu, obieraly i siekaly, ale jeszcze potem pakowaly do niezliczonej ilosci pudelek tekturowych, kazde w plastikowej torbie, a nastepnie wkladaly kilka banknotow (nawet nie spytalem ile rupiah Indonesia…?) do niezliczonej ilosci kopert

  

Kiedy ok. 15:00p wkroczyl do domu caly tlum przeroznych dzieci, w wieku od 3 lat do 14, moje wzruszenie nie mialo granic. Malutkie dziewczyni opatulone w chusty muzulmanskie, chlopcy w peci, czyli charakterystycznych czarnych czapkach, cichusiency wszyscy, zasiedlszy na podlodze przygladali mi sie z wielka troska… Coz to za bule (wyblakly…) ich zaprosil… No i ja tez, bowiem dla mnie ta uroczystosc byla rownie dziwaczna jak pewnie i dla nich.

Opiekun tych dzieci w mesjid, a rowniez imam haji, czyli cos jak ich muzulmanski ksiadz, otworzyl Kharan i wszyscy mezczyzni zaintonowali dluga spiewana modlitwe, ktorej tlomaczenie na angielski staralem sie przebiegac oczami w tym samym czasie… Czy spiewalbym z nimi…? Oczywiscie, ze tak, ale moglem tylko nucic pod nosem, arabskosc bowiem tekstu przekraczala moje wokalne mozliwosci. Potem ten imam dlugo przemawial do dzieci, Arif tlumaczyl, a ja sluchalem. Bylo bardzo dozo o mnie i o mojej roli w zyciu tych malutkich, ale i o Allahu, i jego znacznie wiekszej roli w ich zyciu…

Moje przemowienie bylo nastepne… (A Arif tlomaczyl…). Ze, jestem zaszczycony takim obrotem spraw, ze nigdy nic takiego nie wydarzylo sie w calym moim zyciu, ze moze ja wygladam na bule, ale dzis (tego dnia…) ja nie bylem Westernerem, tylko jeszcze jednym Indonezyjczyiem, ze ja jestem z pochodzneia Chrzescijaninem, ale tego dnia bylem razem z nimi Muzulmaninem… I co ciekawsze, ja gleboko wierzylem we wszystko co mowilem, bowiem jest w tej Indonezji tyle zawieszonej w powietrzu spirytuanosci, ze uciec od tego nie mozna… Bida i nedza… Ale Spiritualna… I jesli moglem wydac drobny pieniadz, na radoche dla tych biednych sierot, ktokolwiek nad nimi tam goruje, Allah czy Przenajswietrza Trojca, zauwazyl pewnie Waszegi reportera w jego tak niezwykle niezwyklej roli… No, i to przeciez chodzilo, nie…? Niezwykle wzruszajaca okazja…!

Ceremonia, ceremonia, ale okolo 17:00p nalezalo wrocic do wlasnego ateizmu, i pojsc jednak na piwo… Ucalowalem wiec Arifa, i wszystkie jego dziewczyny, zlapalem taksi, i walczac z trafikiem Jakarty, juz za chwile bylem juz u Lidy YaYa… Razem z jej mezem i z zawsze usmiechnieta ciocia, ruszylismy na podboj hotelu Shangri-La, gdzie z niezwykle zadymionym barze odbylismy tradycyjna lampke piwa…

I to tyle Drodzy moi… Czy sie podobalo…? Czyz nie znowu ten Tereszczenko cos tam wymyslil z nie z tej ziemi…? A dlaczego nie…? Czy bylo warto…? Of course mon poussie cattes… No, to moze teraz jednak Wojtek Pula cos napisze… Ostatecznie po tylu latach mi sie nalezy… Co, panie Wojtku…?

And now I return to the rest on my Report.

Upon return I had a conversation-negotiation with the Principals at the Office, Mr. Liu and Madame Mei Lan, which resulted in a proposed extension of my contract here for the next 6 months, and may be even for another year. It related directly to another question, this being my inevitable renting of my own residence here, which in this city, crowded upon the limited dimensions of this Island, is not and easy proposition anyway… My Agent, certain very efficient Diana (31-33, and no less attractive…), took me to several proposed residences, all expensive, and all in a rather low standard of elegance. Sorry, Diana, I sure can live on a floor of a barn, if it’s required, but how about something more elegant… lah…? It was Sunday noon, that we finally arrived at this so-called “shophouse” (Chinese traditional edifice, where a shop downstairs and a residence above – Nb. Linda YaYa so lives in her Jakarta house too…), and when I entered into my future home, I immediately felled in love with it. Small it, but uniquely elegant too, all furnished in a set of antique Chinese furniture, including even a set of wine glasses… (Home without wine glasses, ain’t a home, right…?). What’s more, this residence, at 57 Spottiswoode Park Road is only about 7 minute walk from my office, which, both surrounded by the meticulously reconstructed old China Town District of Singapura, is veritably a nice place to be… There was only one thing left… The decision of my renting this place (for a rather steep price…) was to be taken no later than until Monday morning… (Singapura, ain’t it, lah…?)… It took some soul searching, but as I write this, I am already a new neighbor in a quite an exotic set of residents there… But this would be a subject of my next Report 4, later (to only wet your appetite, here are some of them: A young Serbian woman architect, with Indian and Thai experience; an Indonesian-Chinese brain surgeon, from the adjacent hospital; a young man from Vermont; a certain painter; another architect…, and ME, to spice it up. All together, 16 units of such mix… Believe me, a ZOO…

So this is it this time… A bien tot…

(If anyone of you would care to respond, even with a rebuttal, if you wish, you’re welcome… Any letter (WOJTEK…!) will be highly appreciated…

Yours truly,

Jan (TEKO-SG)


SINGAPURA, 4 MARCH 2006

JAN’S SHORT NOTE FROM SINGAPURA No. 4 (NOT EVEN A REPORT)

Did I say that I run every morning…? Well, jog may be… And not every morning, for sometimes, and particularly if the night before there was a rather strenuous training in my Karate Club at Orchard Towers here, I skip… But I didn’t skip this morning (Saturday…) for last night shihan Jackie, who is a superb technician, had performed to the amazement of us all members, a series of katas so perfect, that my jaw dropped down, and when at the end he invited me to do some, I humbly declined… Too tired, shihan… May be next time… And I was so embarrassed, that this morning I decided, while at my normal round around the hill of Outram Park, that I shall devote myself to polishing the Kanku Kata, my most beloved, and that I’ll do it next time as my redemption.

I usually run at 6:00a. It’s very dark here at this time, and the hillock of the park is always shrouded in this tropical darkness, with all its stairs, and trails, and walkways, all up and down among the tropical trees basically empty; though generally there are some souls, walking, jogging, and stretching, here and there (one lady does a thousand hoola-hoops every morning, now for 10 years, she told me…), ostensibly all Chinese, and all rather old (young people not interested in the morning exercises in the park…), and me… Oh, I’d forgot - it’s silent there, except for an occasional squeaking of a gecko… I have by now my usual routine trail, and having timed it out, and including some stretching, it takes me about an hour until the sunrise at 7:00a, or something…

But today it was Saturday, and I decided to stay at one of the flat plateaus close to the top a bit longer, and to practice my Kanku Kata… When I arrived, there was already an old lady sitting on the bench on a spread newspaper; she had a bottle of water, an umbrella and some paper bag next to her… That’s all… and she was all silent and motionless. I paid her no attention though, as many morning walkers or runners don’t have a habit of paying attention to each other, each doing whatever they do, and only occasionally either talking Chinese, or sometimes greeting a stranger with a brisk: Moohning, in Singlish… So I did my thing…

I was maybe into the third round of my Kata, when a woman got up, faced away from me, and begun a tai chi routine, using her umbrella as a weapon of some sort, in this strange form of an oriental martial art, so slow and so graceful in its mysterious perfection. I stopped and watched. She was a diminutive type looking extremely fragile and obviously old… and… what was even more surprising, perfect in all her motions… Her ballet with an umbrella lasted already for several minutes when she stopped, put her umbrella on the ground, and begun another series of movements, this time in an ‘empty-hand’ tai chi, equally perfect in all the movements of her hands, arms, and the most characteristic tai chi footwork; turning, changing direction, squatting and performing all to a surprising perfection... A very long and very complex routine. I froze completely… It was somehow as if watching in the darkness and in the silence of the park, a prayer of some sort, a mysterious communication of this petite figure - so uncharacteristic to any martiality - with a ‘Heaven’, a ‘Spirits of the Departed’ may be, a ‘Buddha’, a ‘God’, a ‘Time’ (or a ‘Timelessness’…), a ‘Nature’… I don’t know… And as her ‘performance’ (if I may call it this way…?) lasted and lasted, and seemingly had no end, I stood in an absolute owe, motionless - for any twist or turn of mine would’ve seemed sacrilegious - I don’t know for how long…? And it was looong… And it was hooot… too. My tee shirt all soaked, I was amazed not to find a single drop of sweat on her brow or on her clothing - she so totally oblivious to my gazing or ostensible interest - most of the time facing away from me, with not a slightest distraction caused by my so obvious presence. As time kept passing, and as the dawn started braking up above the city skyline (and the dawn down here breaks up rather rapidly, without hesitation…), she suddenly stopped, collected her umbrella, her other gear, and with the brisk gait departed from the plateau. I only had time to bow, and to say xie xie, (a Chinese thank you…), to which she smiled, and… vanished… Another old man, who unnoticed by me watched the entire performance, came forward and ostensibly announced: She is seventy eight…

And as the day was breaking up, I returned to my Kanku Kata, so uncouth by comparison…

Jan (TEKO-SG)